piątek, 6 marca 2015

Rozdział 26/Agnes

Poppy zaprowadziła Willow do innego pokoju, a Sibuna, Mara i Seth zeszli na dół. Jerome przytulał swoją dziewczynę. Kiedy weszli do saloniku zobaczyli, że Trudy wróciła.
- Cześć, gwiazdki. Wszystko w porządku? I gdzie jest... O, przepraszam, nie zauważyłam pana. Przyszedł pan do Mary?
- Tak. Wydaje mi się, ze wszystko już będzie w porządku, chciałbym jednak pobrać jej krew. Ale nie ma sensu ciągnąć jej do szpitala. Zrobię to tutaj - powiedział Seth uśmiechając się do Trudy.
- Skoro tak... No cóż, nie chcę panu przeszkadzać. Chyba wyjdę do siostry. Wróciłabym wieczorem. Poradzicie sobie, gwiazdeczki? - Wszyscy pokiwali głowami i z, trochę wymuszonym, uśmiechem pożegnali się. Chwilę później Trudy już nie było.
- Masz zamiar pogadać z Anubisem? - zapytał Jerome.
- Tak, ale nie wiem, czy teraz jest odpowiedni moment. Nie wiem, co się ostatnio dzieje z Anubisem. Nigdy nie chciał władzy, mocy. Nawet swojej w pełni nie wykorzystywał. A teraz... Nie myślcie, że nie próbowałem dowiedzieć się, co się stało, kiedy zaczął się tak zachowywać. Ale okłamywał mnie, wymyślał wymówki...
- Nie ma czasu. Jeżeli Willow powiedziała mu, kiedy chciała porwać Victora, to niedługo zorientuje się, że zawiodła. A co on wtedy zrobi z jej rodziną? - Mara wtuliła się w Jerome'a mówiąc to.
- Tak, ale najpierw muszę porozmawiać z Willow. Ta dziewczyna mogła doprowadzić do czegoś naprawdę strasznego...
- Zrobiła to dla rodziny. Nie możemy jej winić - powiedział ostro Jerome. Wiedział, że wszyscy uważają tak samo. Wiedział też, że Seth patrzy na wszystko inaczej. Znacznie mniej ludzko.
- Gdyby jej się udało, to ciekawe, czy z jej rodziny coś by zostało... Ale to na pewno jakaś okoliczność łagodząca - dodał , widząc spojrzenia Sibuny.
- Zostawmy to na razie, bo tata i tak nie da ci jej osądzić - powiedział Jerome. - Skupmy się lepiej na tym, by powstrzymać Anubisa. Wolałbym, żeby nie znalazł sobie kogoś innego.
- Dobrze... ale z Willow i tak muszę porozmawiać. Ona może wiedzieć coś, co nam się przyda. Ale poczekajmy jeszcze na Johna.
Jednak wcześniej drzwi się otworzyły i do domu wszedł dyrektor.
- Jerome! Ostatnio nie mogę cię złapać! - mówił mężczyzna, jednak nagle zauważył Satha. - Dzień dobry. Chyba nie jest pan rodzicem...?
- Nie, nie. Jestem lekarzem. Przyszedłem zbadać Marę. Ale właśnie kończę.
- Rozumiem, mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Jerome, obiecałeś coś zorganizować, pamiętasz?
- Jasne, że tak. Tato, a nie mogłeś mnie zapytać? - powiedział Eddie, wyraźnie ratując Jerome'a. - Czekamy tylko na odpowiedź ostatniej szkoły. A potem wystarczy ustalić termin.
- Aha... Bardzo dobrze. Tylko pamiętajcie, że termin musicie ustalić również ze mną.
Dyrektor wyszedł, a chwilę później przyszedł John Clarke.
- Victor... no cóż. Przyjął to dość dobrze. Wydaje mi się, że to dlatego, że miał wcześniej do czynienia...
- Z eliksirem życia, wybraną, osirianem... - uzupełniła Joy.
- No właśnie.
- Chcemy porozmawiać z Willow. Ona może wiedzieć coć, co mi się przyda, kiedy odwiedzę Anubisa - powiedział Seth.
- Na pewno nie idziemy tam wszyscy. Ty, ja, Jerome i Mara. Reszta musi zaczekać. Potem Willow będzie mogła porozmawiać ze wszystkimi - powiedział spokojnie pan Clarke. Po chwili cała czwórka ruszyła na górę.
Willow siedziała na łóżku opierając się o ścianę. Kiedy zobaczyła Setha natychmiast wstała i opuściła głowę. Drżała.
- Usiądź - powiedział delikatnie Jerome. Dziewczyna niemal natychmiast usłuchała.
- Co mówił ci Anubis? - zapytał sucho Seth, a Willow wzdrygnęła się. Seth westchnął i podszedł do niej. Postanowił posłuchać Johna. Kucnął przed dziewczyną. - Spójrz na mnie - polecił, a kiedy podniosła wzrok, kontynuował. - Nie skrzywdzimy ani ciebie, ani twojej rodziny. Ale najpierw musimy ich uwolnić, a do tego potrzebujemy twojej pomocy. Chcemy tylko, żebyś powiedziała nam, czy Anubis mówił, albo robił coś, co mogłoby wskazywać, co go motywuje.
W oczach Willow zebrały się łzy, ale dziewczyna nie śmiała spuścić wzroku.
- Ja... nie wiem... naprawdę. On czasem zachowywał się, jakby... - Willow urwała wpół słowa. Przez chwilę szukała odpowiedniego słowa. - Jakby... był chory...
- Umysłowo? - upewnił się Jerome.
- Też.
- Opowiedz o tym - poprosił nadzwyczaj łagodnie Seth.
- On... Bywał tak, że w minutę zmieniał mu się nastrój. Najpierw mnie bił... oczywiście za pomocą tej magii... a potem jakby się budził. Wtedy stawał się delikatny, sprawdzał, czy jestem cała. Ale tak było na początku, potem to się zmieniało... - Poppy zauważyła, że dziewczyna jest bliska płaczu, więc siadła obok niej i ją przytuliła. Po chwili Willow uspokoiła się na tyle, by znów opowiadać. Teraz już nie patrzyła na Setha. - Uderzał coraz mocniej, co najwyżej sprawdzał czy jeszcze żyję. A potem przestał. Niedługo przed moją misją. Miałam odebrać pierścień. On stwierdził, że jestem już gotowa i zostawił mnie w spokoju. Kazał tylko ćwiczyć. A potem mnie wysłał do tamtej kobiety... Nie udało mi się i kiedy wróciłam...
Willow zacisnęła pięści, Poppy ponownie ją przytuliła. Wyglądało na to, że obecność młodszej koleżanki uspokajała ją.
- On obudził moją siostrę. I to ją uderzył. Rose... ona aż straciła przytomność. Uleczył ją, ale powiedział, że jeśli znowu zawiodę, to tego nie zrobi...
- Spokojnie... - Poppy mówiła przez łzy. Nie mogła wyobrazić sobie, żeby ktoś mógł zrobić coś takiego.
- A Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wielu rzeczy nie musiałam robić. Zniszczenie pokoju Mary... nie chodziło tylko o to, że chciałam tylko osłabić Jerome'a, przecież mogłabym zrobić coś innego. Ja to polubiłam. Tą moc, kontrolę. I... i ja...
Willow była naprawdę roztrzęsiona. Mara podeszła do Setha i dłonią wskazała mu drzwi. Zrozumiał. Po chwili w pokoju zostały tylko Poppy i Willow.
- I co o tym myślicie? - zapytał w końcu pan Clarke.
- Nie wiem, John, Gdyby był człowiekiem, powiedziałbym, że coś go opętało... albo, że zwariował.
- A ja i tak mogę stwierdzić że to wariat. Wariat sadysta - powiedział Jerome.
- Tak jakby się budził... - powiedziała Mara, a wszyscy na nią spojrzeli. - Chyba mam pomysł, ale najpierw powinniśmy pogadać o tym z Sibuną.
Zeszli na dół. Seth stwierdził, że najlepiej będzie, jeśli oni zobaczą i usłyszą wszystko tak jak on.
- Siądźcie wygodnie i zamknijcie oczy.
Wszyscy, oprócz tych, co byli u Willow, wypełnili polecenie. Seth zniknął.
Dokładnie po piętnastu minutach wszyscy otworzyli oczy, a Seth pojawił się. Eddie i Fabian zaciskali pięści, a oczy Alfiego mogłyby zabijać. Dziewczyny miały łzy w oczach.
- Maro, miałaś pomysł, prawda?
- Tak. Ja... czytałam trochę o...
- Mitologię? - domyślił się Jerome. - Chyba można to tak nazwać, bo ludzie naprawdę niewiele wiedzieli. Ale to, czego byli świadkami opisywali.
- Na początku to pisanie nie było, ale nie o to chodzi. Większość informacji można uznać za wiarygodną - uzupełnił Seth.
- No to, wydaje mi się, że tego pierścienia najbardziej chciałby Apopis. Może...
- Apopis byłby wystarczająco silny, gdyby był wolny - przerwał jej Seth
- Tak, ale najłatwiej zmanipulować dzieci - powiedział powoli pan Clarke. - Anubis może i małym dzieckiem nie jest, ale dopiero niedawno naprawdę zaczął robić coś na własną rękę, prawda?
- W sumie to tak, ale pierwsze dwadzieścia lat... nie działo się nic złego. Zaczęło się od kiedy urodził się Jerome.
Sibuna popatrzyła na siebie niepewnie. Nawet Mara nie rozumiała do czego to dąży.
- Według tych ich lat, Anubis jest nastolatkiem. Dopiero wchodzi w dorosłość. Ze względu na ich moc, dłużej tam patrzy się dzieciom na ręce. Dlatego Anubis dopiero niecałe czterdzieści lat temu mógł zacząć żyć w pełni samodzielnie - wyjaśnił Jerome, widząc niepewność na twarzach przyjaciół. - Jeśli dobrze rozumiem, to oni najwyraźniej uważają, że, nawet uwięziony, Apopis może oddziaływać na Anubisa. Ja jednak sądzę, że on po prostu taki jest.
- Też bym tak powiedział - zaczął pan Clarke - Jednak pamiętasz co mówiła Willow? Że Anubis jakby się budził. A to może oznaczać, że...
- Dobra, róbcie jak chcecie. I tak nie będziecie ryzykować rozmowy przed uwolnieniem rodziny Willow i zapewnieniem bezpieczeństwa Victorowi. Mnie i moich przyjaciół obiecał zostawić w spokoju, więc potem możesz robić co tylko chcesz - powiedział Jerome. Widać było, że ma już tego dość.
- Obawiam się, że jeśli chodzi o rodzinę Willow, to może to zrobić tylko Anubis. Ostatecznie wystarczającą moc miałby Ra, ale on... no cóż, nie chce się w to wszystko mieszać.
- A więc?
- Najpierw Victor. Potem Anubis - zdecydował Seth.
Z Victorem poszło nadzwyczaj szybko. Seth i pan Clarke wrócili już po piętnastu minutach. Zostawał tylko Anubis.



Miałam kończyć tę historię, a ona mi się coraz bardziej rozwija. Ale i tak do końca zostało już tylko kilka rozdziałó, pewnie dwa czy trzy. I przepraszam, że tak dawno nie pisałam, ale nie miałam czasu. Teraz jestem chora i siedzę w domu, więc znalazłam chwilę, żeby to napisać. A i to, że Jerome najpierw mówi tak, a potem inaczej wynika z tego, że ma już wszystkiego dość (piszę, żeby potem nie było, że nie pamiętam co piszę :) )

sobota, 25 października 2014

Rozdział 25/Agnes

Ani Seth, ani Jerome nie zwrócili uwagi na Willow. A przynajmniej na początku.
- Anubis... on wie czym to grozi - powiedział Seth patrząc z uwagą Victora. Mężczyzna wybudził się, ale najwyraźniej nie bardzo wierzył, w to, co zobaczył. Mara natomiast siedziała już na łóżku przysłuchując się rozmowie.
- Anubis to szaleniec! Dobrze o tym wiesz! - wręcz krzyknął Jerome. Dla niego akurat ten bóg nigdy nie był inny, ale Seth znał go o wiele dłużej.
- Nie rozumiesz. Anubis nie był taki. Zaczęło się niedawno. Ja też pożądałem tego pierścienia i nawet go miałem. Wtedy właśnie Anubis mi go odebrał i dał na przechowanie śmiertelnikom. Widział, co ten pierścień ze mną robił. Zabiłem Ozyrysa, chciałem walczyć z Ra, z Apopisem... Uważałem się za niezwyciężonego i pewnie taki byłem, tylko... tylko że problemem było to, że nie potrafiłem nad tym zapanować. Anubis był wtedy naprawdę młody. Nawet jako śmiertelnik byłby dzieckiem. Nawet przy nim nie udawało mi się zapanować nad mocą pierścienia. Widział co to ze mną robiło. Nie wiem dlaczego on chce... dlaczego on chce odzyskać pierścień.
- Skoro już skupiamy się na motywach - zaczęła Nina - To dlaczego Willow mu pomaga?
Oczy wszystkich zwróciły się ku klęczącej dziewczynie. Seth wzruszył ramionami. Jemu odpowiedź wydawała się oczywista.
- Chciała władzy i mocy.
- Willow? - zapytała łagodnie Mara, a Jenks pokręciła głową. Nie była w stanie nic powiedzieć, wiedziała, że z jej gardła nie wydobędzie się żadne słowo, a nie chciała przy nich płakać. Widziała jak na płacz reagował Anubis, nie chciała doświadczyć tego samego od Setha. Nie odzywała się więc i nie podnosiła głowy. Uparcie wpatrywała się w ziemię, jednak po chwili obraz się zamazał. Nie była w stanie powstrzymywać łez.
Nagle drzwi się otworzyły. Spojrzenia wszystkich powędrowały tam, nawet Willow zerknęła.  Do pokoju wszedł John Clarke. Tylko on zobaczył łzy dziewczyny, nikt inny na nią nie patrzył.
- Możecie mi wyjaśnić co tu się dzieje? - zapytał idąc w stronę Jenks.
- Anubis chce pierścień. Willow mu pomaga - streścił Seth
- Dlaczego? - Pan Clarke stał tuż przed Willow, ale ta wciąż nie podnosiła głowy.
- Dlaczego śmiertelnicy tak skupiają się na tym pytaniu?
- Zaraz ci powiem - powiedział mężczyzna i kucnął naprzeciwko Jenks. Dziewczyna nie wiedziała co takiego było w mężczyźnie, ale kiedy pan Clarke dotknął jej ramienia po prostu się rozpłakała. Nie była w stanie wytrzymać dłużej. To był zwykły śmiertelnik, człowiek, nie był nawet magiem. Wiedziała to. Pan Clarke przytulił ją.
- On ma moją rodzinę - powiedziała po dłuższej chwili. Seth spojrzał na nią nie wiedząc co myśleć. Naprawdę nie lubił się mylić, zwłaszcza kiedy błąd uświadamiał mu śmiertelnik.
- Wyjaśnij - padło polecenie. Dziewczyna spojrzała niepewnie na Setha i odsunęła się od pana Clarka. Chciała uklęknąć, jednak obok niej pojawiła się Poppy powstrzymując ją.
- Lecieliśmy na wykopaliska. Moi rodzice, młodsza siostra i ja. W czasie lotu zasnęłam. Kiedy się obudziłam zobaczyłam stojącego Anubisa, a moja rodzina znajdowała się w jakiejś bańce. Anubis powiedział, że ich uwolni, jak odzyskam dla niego pierścień.
- Dlaczego ty? Dlaczego nie wybrał kogoś, kogo nie musiałby szantażować?
- Jest silna - powiedział Jerome - Nie byłem w stanie powstrzymać jej Hedżi, kiedy włożyła w nie całą swoją siłę.
- Jest mnóstwo silnych ludzi.
- Ja też włożyłem w obronę Mary całą swoją moc.
Seth spojrzał na chłopaka z zaskoczeniem.
- To niemożliwe, żeby śmiertelniczka przebiła tarczę dziecka któregokolwiek boga.
- Ale to zrobiła. I owszem, jest śmiertelniczką - stwierdził Jerome, a Seth spojrzał na Willow.
- Ja... muszę coś sprawdzić - powiedział bóg i zniknął. Tak po prostu.
- Amber zrób herbatę, Jerome, zaprowadź Marę na dół, a ty Alfie odprowadź Victora do jego gabinetu - zarządzał pan Clarke, ale kiedy zerknął na Victora  zmienił zdanie. - Albo raczej połóż go na którymś łóżku. Musi się otrząsnąć. Wyjaśnię mu... - zaczął, ale nie dokończył przypominając sobie o Willow.
- Zaopiekuję się nią - obiecała Poppy i uśmiechnęła się. Po chwili pokój opustoszał, zostali tylko Victor, siedząc na łóżku, i John Clarke.




Przepraszam za miesięczne spóźnienie. Ale wiecie, szkoła itd. Jako, że jestem w trzeciej gimnazjum nauczyciele stwierdzili, że od pierwszych dni robić kartkówki itp. Następny rozdział za miesiąc (a przynajmniej się postaram).

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 24/Agnes

Kiedy tylko Jerome zniszczył drzwi Eddie podbiegł do Victora i zaczął go rozwiązywać. Willow wskazała na niego ręką.
- Hui! - wykrzyknęła w tym samym momencie, kiedy Clarke powiedział "Nedż" Zaklęcie dziewczyny odbiło się od wytworzonej przez Jerome'a tarczy.
- Hedżi! - wykrzyknęła Willow wkładając w to słowo całą swoją moc. Jej dłoń ukierunkowana była na Marę. Jerome utworzył tarczę, ale nie była w stanie zatrzymać całej mocy. Mara upadła. Alfie podbiegł do niej.
- Jerome! Ona ledwo oddycha! - wykrzyknął Lewis, a po chwili u boku dziewczyny klęczał Clarke. Na chwilę oderwał wzrok od swojej dziewczyny i spojrzał Willow. Otworzył usta, alby coś powiedzieć, ale nie zdążył. W pokoju pojawił się mężczyzna. Jenks od razu rozpoznała w nim lekarza Mary. Mężczyzna kucnął przy głowie Mary i wymruczał kilka słów. Chwilę później wstał.
- Jak masz na imię? - zapytał, starając się utrzymać spokojny ton głosu.
- Willow Jenks - powiedziała wyraźnie. Bała się, ale tylko trochę. Miała za sobą Anubisa, żaden mag nie mógł nic jej zrobić. Jasne, mogą być silni, ale nic jej nie zrobią. Tak jak Clark. Bała się go, a on nawet zwykłego hedżi nie był w stanie zatrzymać. Ten mężczyzna mógł być silniejszy, ale ona... ona jest tak blisko. Anubis jej nie opuści.
- Chciałbym powiedzieć, że jest mi miło - mężczyzna mówił spokojnie, ale w jego głosie czaiła się groźba. I taki znajomy ton... Willow jednak postanowiła to zignorować. - Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego zaatakowałaś tego mężczyznę? - wskazał na Victora - Dlaczego chciałaś zabić Marę?
- Ktoś potrzebuje Voctora - Jenks uznała to za odpowiedź. Wtedy odezwał się Jerome.
- Anubis. Wydaje nam się, że chce wykorzystać Victora, aby odnaleźć pierścień atlantów. Myślę, że chce się pozbyć ograniczeń swojej mocy.
- To ma sens - powiedział cicho lekarz. - Pierścień usuwa ograniczenia. Ale ma też efekty uboczne. Kto jak kto, ale mój syn powinien o tym wiedzieć.
Willow zapragnęła uciec. Ojciec Anubisa... Seth stał przed nią. Moc Jerome'a... stało się dla niej oczywiste, że Clarke to syn jakiegoś boga.
Zabiją ją. Wiedziała to. Prawie zabiła Marę. Jej rodzice. Jej siostrzyczka. Anubis obiecał ich uwolnić, jeśli wykona dla niego kilka zadań. Pierścień był wszystkimi. Najpierw miała go zlokalizować. To nie powinno być trudne. Pierścień był przekazywany z matki na córkę. Wystarczyło znaleźć odpowiedniego urzędnika Domu Życia. I poszukać potomków. Pamiętała wszystko.
Znalazła ich już po kilku tygodniach szukania. Następnie wzięła notatnik, długopis, do plecaka spakowała ubrania na zmianę, ręcznik, szczoteczkę do zębów. Trochę pieniędzy. Wsiadła w samolot i po kilku godzinach była już na miejscu. Nikt się nie dziwił, że szesnastolatka podróżuje sama. Nikt nie wymagał od niej żadnych dokumentów. Zasługa Anubisa. 
Znalazła odpowiedni budynek i zapukała. Otworzyła jej około trzydziestoletnia, rudowłosa kobieta o czarnych oczach. 
- Pani Amelia Wiliams?
- Tak, o co chodzi?
- Bo, widzi pani... - Willow udała zmieszanie i niepewność. - Chodzę do szkoły w innym mieście. Kazali nam zrobić wywiady z przedstawicielami różnych zawodów. Znajomy mojego taty jest archeologiem... - tak jak tata - pomyślała - ale nie mógł przyjechać. Wywiad jest na jutro, a pan Carl miał wypadek. Szukałam w internecie, czy gdzieś w pobliżu nie mieszka archeolog. Znalazłam tylko panią...
Kobieta kiwnęła głową i uśmiechnęła się. 
- Tylko raz byłam na wykopaliskach.
- Wiem, ale jednak... naprawdę proszę. Nie zajmę pani dużo czasu - Willow spojrzała kobiecie w oczy. 
- W takim razie wejdź. A właściwie to jak masz na imię?
- Martha Pond
Kobieta zaprowadziła Willow do ładnego, nie za dużego salonu. Ściany miały przyjemny, liliowy kolor. Kanapa stała pod ścianą,, a przeciwległą w dużej części zajmował telewizor. Obok stała szafka. Na niej ustawione były dwa wazony. Przed kanapą znajdował się stolik.
- Herbaty? - zaproponowała pani Wiliams.
- Tak, chętnie. Dziękuję - odparła szesnastolatka. kiedy tylko kobieta wyszła otworzyła szafkę. Szklanki i jakiś alkohol. Podniosła wazon. Był ciężki. 
- Co robisz? - Willow odstawiła wazon i odwróciła się. 
- Czy ten wazon jest z wykopalisk? Kolega taty przywiózł podobny z jednej podróży.
- Tak, z wykopalisk. Są bardzo wartościowe. Byłabym wdzięczna, gdybyś ich nie ruszała.
- Oczywiście. Przepraszam.
- No dobrze. - Kobieta uśmiechnęła się. - To może zaczniemy?
Obie usiadły na kanapie. Willow wyjęła notes i długopis. 
- Dlaczego zdecydowała się pani zostać archeologiem?
- Pasję do tego zaszczepiła moja mama. Zawsze powtarzała, że możemy odkryć przeszłość dzięki przedmiotom. 
Kobieta mówiła, Willow pytała i zapisywała odpowiedzi. Ale nie myślała o tym. Jej celem był pierścień. 
Nastolatka spojrzała na notes. Miała zapisane pytania. Zostało jej jeszcze kilka. 
- Przepraszam, gdzie jest łazienka? - zapytała po kolejnej odpowiedzi pani Wiliams. 
- Po schodach na górę, trzecie drzwi na lewo. 
Dziewczyna podziękowała i skierowała się w odpowiednią stronę. Jednak zamiast do łazienki otwierała wszystkie drzwi w poszukiwaniu sypialni pani Amelii. kiedy ją znalazła zaczęła przeszukanie. Kobieta nie chroniła pierścienia zbyt szczególnie. Dziewczyna wsadziła go do kieszeni i szybko wyszła z pokoju. Weszła do łazienki, ale tylko spuściła wodę. Chwilę później wróciła do salonu. Jak gdyby nigdy nic prowadziła wywiad dalej. Kiedy skończyła i miała wyjść dłoń pani archeolog zacisnęła się na jej przegubie. 
- Oddaj.
- Ale nie wiem o co pani chodzi - powiedziała Willow
- Oddaj pierścień. - Tym razem kobieta nie czekała na odpowiedź. Jej dłoń wsunęła się do kieszeni dziewczyny i zabrała pierścień. Szesnastolatka chwilę później była na ulicy.
Jej pierwsza porażka. Anubis nie daje drugich szans, wtedy jednak zrobił wyjątek.  
Opadła na jedno kolano.
Klęczała, a przed nią stał Anubis. Gestem kazał jej wstać. 
Wyciągnęła dłoń, skorzystała z pokładów mocy boga i wypowiedziała słowo mocy. "Hedżi". Stojący przed nią dzban rozsypał się w proch. Anubis uśmiechnął się i kiwnął głową. 
- Jesteś gotowa - powiedział.
Pochyliła głowę.
Obudziła się w dziwnej sali. Nad nią stał młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopak. 
- Witaj - powiedział
- Gdzie moi rodzice? I Rose? - zapytała od razu, a chłopak wskazał na coś za nią. W dziwnej bańce unoszącej się nad ziemią spała jej rodzina. 
- Co im się stało?
- Uśpiłem ich - zaczął z uśmiechem, a kiedy Willow otworzyła usta dodał - Wypuszcze ich... Jeśli coś dla mnie zrobisz. 
Chłopak spojrzał na nią i wypowiedział jedno słowo. Poczuła silne uderzenie. Przez chwilę nie mogła oddychać.
- Kim ty jesteś? - dziewczyna zebrała całą swoją odwagę, by zadać to pytanie.
- Jestem Anubis, a ty będziesz wykonywała moje rozkazy, albo twoja rodzina zginie.
 Czekała na wyrok.
Willow zamknęła oczy. Nienawidziła latać. W sumie powinna się już przyzwyczaić - co roku latali na wykopaliska. 
- Wil! Tam jest jakiś pan! - trzyletnia, jasnowłosa dziewczynka szarpała ją za rękę i wskazywała okno. 
- Rose, za oknem nikogo nie mo. Za szybko się poruszamy - Willow uśmiechnęła się do siostrzyczki. 
- Ale ja widziałam! - upierała się mała. Willow wyjrzała więc przez okno, ale nikogo nie było. Westchnęła.
- Tamten pan skakał ze spadochronem. Już go nie ma - powiedziała siostrze. 
- Kogo nie ma? - siostry usłyszały głos taty. Willow opowiedziała rodzicom, o mężczyźnie za oknem. Nie wierzyła siostrze.

To miał być ostatni rozdział, ale te ostatnie zdania tak mi pasowały na koniec rozdziału, więc wrzuciłam wam retrospekcję :)
Kolejny rozdział pojawi się we wrześniu.

środa, 9 lipca 2014

Rozdział 23/Agnes

Hej ludzie!
Wbrew pozorom nie zapomniałam o tym blogu. Po prostu nie miałam weny. Kompletnie nie wiedziałam co napisać. Powiem wam szczerze, że miałam na to opowiadanie miliony pomysłów, a teraz... no cóż, teraz to wszystko znika. Może jak zajrzę na blogi o TDA to wszystko się odświeży... Nie mam jednak zamiaru zostawić tej historii niedokończonej. Zakończę ją choćby nie wiem co. A więc zapraszam na rozdział 23!

Rozdział 23
Kiedy Willow się obudziła uśmiechnęła się do siebie. Miała przeczucie, że dziś jej się uda. Dziś wykona wreszcie swoją misję i zobaczy się wreszcie z rodziną. Wepwawet dał jej siłę. Dał jej moc. A zabrał rodzinę. Ale dzisiaj wykona swoje zadanie i odda co dostała, a odbierze, co utraciła.
Dziewczyna z uśmiechem wyszła z pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziła, że nikogo nie ma na korytarzu. Szybkim krokiem wróciła do pokoju i spojrzała na zegarek. Wskazywał wpół do szóstej. Hmm... to wiele wyjaśniało. Willow wzięła szybki prysznic i ubrała się, a następnie sięgnęła po książkę. Nie miała jednak zamiaru czytać. Musiała pomyśleć. Miała zająć się Victorem. Nie było to łatwe zadanie. Chociaż i tak łatwiejsze niż pierwotne. Na początku Inpu chciał, żeby sprowadziła do niego Clarka. Ale teraz, kiedy dziewczyna miała plan, nic nie mogło jej przeszkodzić.
Willow zerknęła na zegarek. Minęła godzina. Śniadanie powinno być już gotowe. Dziewczyna z uśmiechem zeszła na dół. W niedługim czasie dołączyli do niej inni. Brakowało tylko Patrici i Mary. Po kilku minutach tylko Mary. Nagle Willow wpadła na ,,świetny" pomysł. Stwierdziła, że zostawiła w pokoju KT jakieś notatki.
Dziewczyna pobiegła na górę, ale nie do pokoju KT. Weszła do pokoju Mary. Na jej łóżku leżał mundurek. Willow uśmiechnęła się do siebie.
- Hedżi!
Dziewczyna rozejrzała się po zdemolowanym pokoju i z uśmiechem wyszła. Kilka sekund później była już na dole.
Nagle w Domu Anubisa rozległ się wrzask. Mara weszła do pokoju.
Willow nie mogła w to wszystko uwierzyć. Rano zdemolowała jej pokój, zniszczyła tam dosłownie wszystko. Musiała mieć tam coś cennego. Przecież widać było przerażenie na twarzy Mary. Ale kiedy nadszedł wieczór, Jaffray śmiała się i bawiła w najlepsze na swojej imprezie urodzinowej. A właśnie. Przez tą głupią  imprezę Willow musiała zmienić swoje plany. Ale postanowiła odetchnąć głęboko i zebrać siły. Jeden dzień w te, czy we w te. To już przestało mieć znaczenie. To była po prostu kwestia cierpliwości. A ona miała jej dużo.
Jerome był szczęśliwy. Nie, to mało powiedziane, był przeszczęśliwy. Mara nadal go kochała i chciała z nim być.
Amber uśmiechnęła się. Wszystko poszło po jej myśli. Victor przesunął ciszę nocną. Trudy upiekła wspaniały tort. Wszyscy się dobrze bawili. Ale najbardziej blondynkę ucieszyła wiadomość, że Mara i Jerome znów są razem.
Willow miała dość. Wszyscy byli tu szczęśliwi, tak wkurzająco szczęśliwi. Ruszyła w kierunku schodów.
- Willow! - usłyszała głos Niny. - Gdzie idziesz?
- Do pokoju. Chyba zjadłam za duży kawałek tortu. Boli mnie brzuch.
Nina kiwnęła głową i uśmiechnęła się.
- Rozumiem. Trudy robi pyszne ciasta, trudno się powstrzymać.
Willow weszła do swojego pokoju i położyła się na łóżko.
Kiedy dziewczyna otworzyła oczy słońce było już wysoko. Westchnęła. Wciąż miała na sobie sukienkę, a szpilki pewnie zdjęła wieczorem. Niechętnie sięgnęła po lusterko.
Sobota. Jak można jej nie kochać? Nie trzeba iść do szkoły, a więc wszyscy wyniosą się z domu. Tylko Victor zostanie. On rzadko wychodzi, kiedy w domu jest pusto. Willow przebrała się i zeszła na dół. Trudy musiała wyjść na zakupy, więc dziewczyna postanowiła zrobić sobie kanapkę. Po chwili do kuchni wszedł Victor. Willow uśmiechnęła się. Byli w domu sami, więc...
- Dzień dobry, Victorze - powiedziała z uśmiechem. - Na górze w łazience ciągle kapie z kranu. Mógłbyś coś z tym zrobić?
Victor tylko kiwnął głową. Poszedł po narzędzia i ruszył do łazienki. Willow nie spodziewała się, że ten pójdzie tak łatwo. Ostatnio trudno było się czegoś od niego doprosić. Dziewczyna poszła za Victorem na górę, jednak ona musiała pójść do pokoju. Potrzebowała sznurka.
W torbie miała dość długi kawałek. Kiedy tylko go wyjęła w drzwiach pojawił się Victor.
- Żaden kran nie przecieka. Za to ty spędzisz miłą sobotę... - mówił wyjmując szczoteczkę do zębów, ale Willow to nie obchodziło. Rzuciła sznurek w kierunku Victora i powiedziała:
- Czes! - Sznurek wręcz rzucił się na mężczyznę wiążąc go w ciasny kokon. Willow uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że w razie czego wystarczyłaby sznurówka. Zaklęcie wydłużyłoby dowolny sznurek oraz nawet z nici zrobiłoby grubą linę.
Teraz wystarczyło...
- Willow! Co ty robisz? - Nina nie wiedziała co o tym myśleć. Właśnie była świadkiem, jak kawałek sznurka sam obwiązał dorosłego mężczyznę, a nastolatka patrzyła na to z uśmiechem.
- Hui! - Willow wskazała na Ninę, która krzyknęła, a po chwili leżała na ziemi. Zaalarmowani jej krzykiem przybiegli pozostali domownicy. Wszyscy razem wybrali się do kina i właśnie wrócili. W domu nie było tylko Trudy.
Willow przestraszyła się trochę, ale wiedziała, że teraz potrzebuje już tylko transportu. Potrzebowała łodzi. A żeby ją wezwać potrzebowała chwili spokoju. To wymagało więcej mocy.  Musiała zatrzymać ich w korytarzu. Zerknęła na drzwi.
- Chenem! - krzyknęła, mając nadzieję, że zadziała. Drzwi zatrzasnęły się, a następnie wtopiły w ścianę. Jednak ten stan rzeczy nie trwał długo. Usłyszała krzyk Jerome'a "Hedżi!" i drzwi dosłownie rozsypały się w proch.
Biedny Victor myślał, że dostanie zawału.





Pojawił się rozdział po prawie roku, ale ja nie lubię zostawiać niedokończonych historii. Jeśli chodzi o zaklęcia, to każdy, kto czytał "kroniki rodu Kane" Ricka Riordana wie skąd się to wzięło. Skorzystałam z tych zaklęć, ponieważ słyszałam, że Riordan znalazł autentyczne zaklęcia używane tam.
Słowniczek dla niewtajemniczonych (chociaż i tak można się połapać co, co znaczy):
Czes - związać
Hui -uderz
Chenem - połącz się
Hedżi - zniszczyć










wtorek, 17 września 2013

Rozdział 22/Agnes

Hejka, ludzie!
Dawno mnie tu nie było... kompletnie nie wiedziałam co napisać, po prostu wena mnie opuściła. Jednak nie mam zamiaru zostawić tej historii niedokończonej (za bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej). Tak więc zapraszam do czytania tych wypocin:

Rozdział 22
Mara trzymała w ręce dwie bluzki. Praktycznie identyczne bluzki. Z westchnieniem włożyła jedną z nich i wyszła z przebieralni.
- Hmm... No nie wiem, przymierz drugą - wręcz rozkazała Amber. Jaffray wciąż nie wiedziała, jakim cudem dała się namówić na te zakupy. Chociaż, po namyśle stwierdziła, że wszystkie ubrania w strzępach są wystarczającym argumentem. Dziewczyna weszła do przebieralni i szybko zmieniła bluzkę.
- Tak, tak lepiej. O wiele. Bierzemy - blondynka uśmiechnęła się, a Mara westchnęła
- Ambs... mam już wystarczająco ciuchów. W razie czego pójdziemy jeszcze kiedyś na zakupy.
- Hmm... no nie wiem - Millington uważnie przyjrzała się stercie odłożonych ubrań. W rzeczywistości wiedziała, że już wystarczy, ale chciała dać czas reszcie. Musieli zrobić zakup na imprezę. Dobrze, że Joy nie musiała już nic kupować. Jej tata przyjeżdżał w ,,sprawach służbowych" do Viktora, więc rano zabrał ją i Patricie ze szkoły.
- Amber? Żyjesz? - blondynkę z zamyślenia wyrwał głos przyjaciółki.
- Tak, tak. Chyba faktycznie już tego wystarczy. W końcu musimy kupić ci jeszcze jakieś buty. - W tym momencie Jaffray stłumiła jęk.  
Kiedy dziewczyny zapłaciły za wszystko skierowały się do sklepu z obuwiem. Na szczęście, tam spędziły mniej czasu. Mara kupiła tam: adidasy, trampki, szpilki, pantofelki i kapcie.
W tym czasie Joy, Patricia i Jerome dosłownie biegali po sklepach. Oprócz dekoracji na bal musieli kupić prezenty. I to nie tylko od siebie. Wszyscy z DA złożyli ,,zamówienia". Oznaczało to mniej więcej tyle, że cała trójka zastanawiała się, o co chodziło zamawiającym. A kiedy już to rozszyfrowali, należało to znaleźć. Tak, to była zdecydowanie najtrudniejsza część zadania. W końcu, cała trójka obładowana zakupami, ruszyła do kawiarni. Na miejscu okazało się, że Amber i Mara, już na nich czekają. Po kilku minutach wszyscy siedzieli w taksówkach (dwóch, w jednej by się nie zmieścili). Podzielili się w ten sposób: Jerome i Mara w jednej, a Amber, Joy, Patricia i wszystkie zakupy w drugiej. Nikt, oprócz Amber, nie wiedział, dlaczego wszystkie zakupy lądują w jednej taksówce. Wszystko wyjaśniło się, kiedy auto, z Jarą skręciło w przeciwną stronę. Jerome, chciał zwrócić taksówkarzowi uwagę, że szkoła jest w innym miejscu, ale tamten, jakby uprzedzając jego słowa powiedział:
- Tamta jasnowłosa dziewczyna zapłaciła za przejazd i poleciła zawieźć was tu.
- Tu, czyli gdzie? - zainteresowała się Mara
- Czyli tu - mężczyzna skręcił w lewo i ich oczom ukazała się restauracja. I to nie byle jaka restauracja. Paradise - jedna z najlepszych restauracji w mieście. To wyjaśniło, dlaczego Amber tak bardzo krytykowała ich stroje. Kazała im się przebierać z milion razy.
Clarke i Jaffray wysiedli z taksówki i powoli zbliżali się do wejścia. Gdy weszli, pierwsze co zobaczyli to błękitne ściany i kilku kelnerów. Kolejną rzeczą na którą zwrócili wagę były stoły; okrągłe, przykryte białymi obrusami, na środku każdego stał wazon z różowymi różami.
- Państwo zarezerwowani na jakie nazwisko? - zapytał chłodno jakiś mężczyzna. Mara nawet nie zwróciła na niego uwagi, ale Jerome przyjrzał mu się uważniej. Mężczyzna ubrany był w czarny garnitur, a na szyi miał zawiązaną muszkę. Wyglądał na około trzydzieści pięć lat, miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy i był gładko ogolony. Clarke nie był w stanie dojrzeć koloru oczu, ale nie stanowiło to problemu. Zastanawiał się, na jakie nazwisko mogła ich zarezerwować Amber. Po chwili namysły stwierdził, że na pewno nie na jego, a po minie Mary wnioskował, że również nie na nią.
- Millington - odpowiedział bez wahania
- Aaa... przyjaciele panny Millington. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Zapraszam, zaraz wskażę wam odpowiedni stolik. Panna Millington prosiła przekazać, że nie musicie martwić się rachunkiem. Wszystko już załatwione.
Mara spojrzała zdziwiona na chłopaka. Widząc zaskoczenie wymalowane na jego twarzy stwierdziła, że on również nie miał o niczym pojęcia.

- Panie Viktorze! - Amber wręcz wbiegła do jego gabinetu.
- O co chodzi? - Mężczyzna był wyraźnie w dobrym humorze i  blondynka po raz pierwszy w życiu mogła stwierdzić, że jej to nie niepokoi.
- Chcemy zrobić dziś imprezę urodzinową dla Mary...
- Wiem o tym. Już się zgodziłem.
- Tak, ale chciałam zapytać, czy nie przesunąłby pan godziny policyjnej? - Millington wyrzuciła z siebie to pytanie z prędkością światła.
- Jutro idziecie do szkoły. - O tak, Victor był w zdecydowanie dobrym humorze. Amber uśmiechnęła się w duchu.
- Wiem, ale to nie będzie problem. Pierwszą mamy chemię, no a Poppy francuski....
- Hmm... dobrze - powiedział cicho Victor, a dziewczyna przeczuwała, że jeszcze za wcześnie, aby się cieszyć. Niestety miała rację. - Pod warunkiem, że jutro pójdziecie spać godzinę wcześniej. I nie będzie żadnych nocnych eskapad.
Amber zastanowiła się przez chwilę. Rozważyła wszystkie za i przeciw, i już miała się zgodzić, kiedy uderzyła ją niespodziewana myśl.      
- A o której będziemy mieli położyć się spać? Dzisiaj oczywiście. - Drugie zdanie dziewczyna dodała, na wypadek, gdyby Rodenmaar nie do końca zrozumiał pytanie.
- Zależy jak będziecie się zachowywać - stwierdził po chwili namysłu - O jedenastej, jeśli będzie... hmm... nieodpowiednio, a jeśli będziecie... w miarę cicho i spokojnie, to nawet o północy. Tylko panna Clarke ma położyć się najpóźniej o jedenastej, a Jaffray o północy to ma być w łóżku.
- W takim razie zgadzam się. - Amber uśmiechnęła się. Teraz pozostało jej przekazać informację reszcie.
 
Jerome spojrzał na Marę, która właśnie jadła jakieś ciasto o dziwnej, egzotycznej nazwie, ale według Clarka wyglądało (i smakowało) jak zwykły sernik z bitą śmietaną. Sam swoją porcję skończył kilka sekund wcześniej i od tej pory zerkał to na dziewczynę, to na jej kawałek ciasta.
- Chcesz pół? - zapytała Mara z uśmiechem. Jerome miał zamiar odmówić, ale kiedy spojrzał na pysznie wyglądające ciasto kiwnął głową. Mara zaśmiała się jednocześnie sięgając po nóż. Przekroiła kawałek który miała na talerzu na dwie części i jeden z nich przełożyła na talerzyk chłopaka.
- Czemu się śmiałaś? - zainteresował się Clarke
- Bo do tej pory myślałam, że to Alfie jest uzależniony od ciast, ciastek, babeczek, naleśników.... ogólnie jedzenia.
- Ja tylko od serników - stwierdził Clarke z uśmiechem.
Kilka minut później (prawie) para wychodziła na zewnątrz. Zamiast wezwać taksówkę postanowili się przejść. Ruszyli w stronę parku.
- Mara... - zaczął chłopak.
- Tak?
- Bo... ja... posłuchaj. Ja bardzo cię kocham. Wiem, że... że nie możesz mi zaufać, ale... nie mówiłem o tym nikomu. Nie chciałem o tym pamiętać, a tamto zerwanie z tobą wydawało mi się najlepszym rozwiązaniem - Clarke mówił nieskładnie, ale Mara wiedziała o co chodzi chłopakowi. Chciała coś wtrącić, ale nie wiedziała co. - To trudne. Gdy cię widzę, mam ochotę podbiec i pocałować, ale boję się, że wtedy całkowicie mnie odrzucisz. Ja... - Chłopak nie mógł dokończyć. Mara wreszcie znalazła sposób, żeby się ,,kulturalnie" wtrącić. Jerome wiedział tylko tyle, że nie chce, żeby ten pocałunek się skończył.



A i bym zapomniała. Następny rozdział pojawi się najwcześniej za miesiąc, ponieważ wyjeżdżam do sanatorium. Oczywiście jeśli znajdę czas, naskrobię coś i tam, jednak wątpię...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Libster Award/Agnes

Blog został nominowany przez Lovely z bloga: http://dominosibuna.blogspot.com/. Za nominację bardzo dziękuję w wszystkich autorek.
A więc odpowiedzi :)
1. Jeśli miałabyś 24 godziny sam na sam z twoim idolem i moglibyście robić wszystko, co by to było?
Ehh.... nie mam pojęcia. Nie lubię planować bo nic z tego nie wychodzi... więc pewnie na pomysł wpadłabym w ostatniej chwili ;)
2. Na jakim instrumencie grasz, lub na jakim marzysz by zagrać?
Czy liczy się flet? Umiem na nim zagrać kilka prostych melodii. Wolałam grać niż pisać kartkówkę :)
3. Co bardziej przemawia do ciebie w piosence, melodia, czy słowa?
Zależy. W polskich słowa, a w obcojęzycznych melodia (głównie dlatego, że zwykle nie rozumiem nic z tekstu, ostatecznie kilka słów z refrenu. 
4. Książki, czy filmy?
Zdecydowanie książki.
5. Opisz siebie w dwóch słowach.
Eee... marzycielka... no i mam dylemat. Nie wiem czy napisać wrednowata, czy wariatka (większość ludzi znających mnie kazałoby zrobić z tego jedno).
6. Jaki jest twój ulubiony zespół, lub wokalista? Może być więcej niż jeden.
Zespoły są dwa: BTR i 1D. A wokalista... nie mam.
7. Jeśli miałabyś możliwość wybrać się w podróż do trzech dowolnych miejsc na świecie, to do jakich?
Hmm... do Egiptu... może do Rzymu i Paryża. 
8. Kim chciałabyś zostać w przyszłości?
Hmm... nie wiem. Chyba pisarką.
9. Wolisz optymistyczne, zabawne filmy z dużą ilością akcji, czy raczej dramaty i komedie romantyczne?
Te pierwsze. 
10. Jesteś optymistką, pesymistką czy realistką?
Tym, tym i tym. W sumie to zależy od sytuacji. 
11. Co cię najbardziej pociąga w pisaniu?
Żebym ja to wiedziała...


Moje pytania:
1. Skąd pomysł na pisanie bloga?
2. Jaka jest twoja ulubiona para w serialu?
3. Co chcesz robić w przyszłości?
4. Ile, według ciebie, powinny trwać wakacje?
5. Czy masz jakieś zwierzątka?
6. Co widzisz, kiedy wyjrzysz przez okno w swoim pokoju?
7. Jaką książkę ostatnio czytałaś?
8. Jaki jest twój ulubiony blog?
9. Grasz na jakimś instrumencie?
10. Gdzie mieszkasz?
11. Do jakiej szkoły (podstawówka, gimnazjum, liceum, technikum...) chodzisz (lub będziesz chodzić po wakacjach)?





piątek, 26 lipca 2013

Rozdział 21+coś z okazji 200 notki/Agnes

Hej!
I pojawił się rozdzialik. Wiem, że od poprzedniego miały minąć 2-3 TYGODNIE, a nie MIESIĄCE, ale tak jakoś wyszło. No cóż... tylko nie bijcie!!! Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Następny będzie... jeszcze w tym roku :)

Rozdział 21
Joy siedziała sama w pokoju. Nagle usłyszała pukanie.
-Proszę.-powiedziała cicho i spojrzała na drzwi.
-Hej, co robisz?-Mick wsadził głowę do pokoju.
-Ehhh... nic.
-Ja... chciałbym cię o coś zapytać.-blondyn podszedł do dziewczyny i usiadł na łóżku. 
-Wal
-Chodzi o Marę... ja...
-Chcesz ją odzyskać?-podsunęła Joy
-Mhhmm...
-A więc moja rada brzmi: odpuść sobie.
-Nie jesteś zbyt pomocna.-warknął chłopak
-Tak uważasz? Co chcesz zrobić? Ona jest strasznie zakochana w Jeromie...
-Nie są już parą...
-Chwilowo. Tak samo było z Niną i Fabianem. I co z tego wyszło? Jak głupia przez rok za nim latałam. Próbowałam dosłownie wszystkiego. A ostatecznie i tak musiałam się poddać! Z tobą będzie tak samo. Przez te kilka dni które zostajesz. A potem co? Będziesz jej maile wysyłał?
-A jak bym wrócił?
-Aha, więc zrezygnujesz z jednej z najlepszych szkół sportowych, żeby patrzeć, jak ona cię ignoruje?!
-Dlaczego tak twierdzisz?
-Bo ja już to przerobiłam!-w oczach dziewczyny pojawiły się łzy-Gdybym wtedy posłuchała takiej rady, może...
-Więc uważasz, że to nie ma sensu?
-Dokładnie. Rozejrzyj się w swojej szkole. Tam na pewno jest dużo ładnych dziewczyn. 
-Ale... ja kocham Marę...-Mick spuścił wzrok
-Ale łudząc się, że moglibyście być razem będziesz się tylko ranił.
-Może masz rację...-chłopak wstał-Dzięki Joy.
-Nie ma za co, Mick.-szepnęła Mercer, ale blondyna już nie było.

-Mamy dużo pracy!-krzyknęła Amber wchodząc do pokoju Alfie'go i Jerome'a
-Eee...?
-Ehhh... wam to chyba trzeba rozrysować. Urodziny Mary! Trzeba zrobić imprezę.
-Ale ona miała już urodziny. W sumie to nawet jej nikt życzeń nie mógł złożyć bo cały dzień miała badania. 
-No właśnie. Dlatego imprezkę robimy jutro wieczorem! 
-A dlaczego nie powiesz o tym wszystkim?-zapytał Alfie
-Ohhh... powiem, powiem, wszystkim oprócz Mary. To ma być niespodzianka. A żeby niespodzianka się udała, trzeba zrobić dwie rzeczy. Pierwsza; przekonać Victora, żeby przesunął godzinę policyjną, a druga; trzymać Marę z dala od domu.
-Pierwsze jest niewykonalne, a co do drugiego, to jak niby chcesz to zrobić? Mara co trzy godziny musi brać jakieś pastylki.-stwierdził Jerome
-Pastylki może wziąć ze sobą. Musisz ją tylko do tego przekonać.
-Niby jak?
-Może zaprosisz ją na randkę?-zaproponował Alfie
-Jaasne. Od razu się zgodzi.
-Wymyślisz coś.-stwierdziła Amber-A ja już lecę, trzeba wszystko zaplanować i oczywiście przekonać Victora.
-Ehhh...-Jerome niezbyt wierzył, żeby komukolwiek udało się przekonać Victora-Przecież on nawet co do imprezy będzie przeciwny.
-Tak. Ale ty lepiej zajmij się planowaniem. Musisz przecież trzymać Marę z dala od domu.-Alfie uśmiechnął się widząc minę przyjaciela. Widać, że Clarka przerażała myśl, że ma być z Marą sam na sam przez kilka godzin. Alfie wiedział czemu, ale pomyślał, że czym szybciej Jerome zacznie przyzwyczajać się, że Jaffray o wszystkim wie tym lepiej. 
-Pomyślę.

-Mara! Wstawaj!-Joy miała dość. Próbowała obudzić Marę od dziesięciu minut. Ta jednak tylko mruczała coś pod nosem i spała dalej.-OK, tak grasz?-powiedziała bardziej do siebie niż do niej-Mara! Jerome chce zaprosić cię na randkę! Zaraz wejdzie do pokoju!
-Co?! Nie może mnie tak zobaczyć!-dziewczyna po sekundzie siedziała i trzymała w ręku szczotkę. Po chwili jednak spojrzała na Joy, która wręcz zwijała się ze śmiechu. 
-Na... hahaha... ja nie mogę.-Mercer spróbowała się uspokoić-Nareszcie się obudziłaś.
Mara dopiero wtedy zrozumiała, że ten tekst o Jeromie był tylko na pobudkę.
-Au! Za co to?-Joy rozmasowywała ramię w które chwilę wcześniej uderzyła szczotka.
-Za obudzenie i żartowanie sobie ze mnie.-stwierdziła z powagą Mara, jednak po chwili uśmiechnęła się. 
-Dobra, dobra, ubieraj się. Jeśli za 10 minut nie będziesz gotowa pójdziesz do szkoły bez śniadania.
-Aaaa.... faktycznie, dziś już idę do szkoły.
-Właśnie, koniec leniuchowania.-Joy uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.
Jaffray podeszła do szafy. Wyjęła mundurek i położyła go na łóżku. Szybko rozczesała włosy i poszła do łazienki. Po kilku minutach wyszła i skierowała się do swojego pokoju. Kiedy otworzyła drzwi i zajrzała do środka nie mogła powstrzymać krzyku. Pokój był zdemolowany. Łóżka były poprzewracane, drzwi szafy wyłamane, a wszystkie ubrania porwane. Ozdoby, które dziewczyny postawiały lub porozwieszały były połamane. Mara podeszła do swojej szafki i otworzyła górną szufladę. Miała tam album. Drżącymi rękoma otworzyła go i z jej gardła ponownie dobiegł krzyk. Wszystkie zdjęcia były porwane. Po policzkach dziewczyny zaczęły spływać łzy. W tamtym albumie miała zdjęcia całej swojej rodziny, wszystkich przyjaciół. Były tam jedyne zachowane zdjęcia jej brata... Nagle dziewczyna usłyszała stłumione krzyki, a po chwili poczuła, że ktoś ją przytula. 
-Kto to zrobił?!-w pokoju rozbrzmiał głos Victora. 
-Jak wychodziłam wszystko było w porządku.-powiedziała Patricia
-Ja... położyłam mundurek na łóżku i... poszłam do łazienki. Nie wiem jak to się stało... nic nie było słychać... -Mara wtuliła się w Jerome'a. 
-Hmmm.... Chłopcy poustawiajcie łóżka...-Victor najwyraźniej również nie wiedział jak to mogło się stać.-Maro, ubierz się.
-Ale... moje ubrania... wszystkie są....
-U nas na pewno znajdzie się coś dla ciebie.-Nina spróbowała się uśmiechnąć do Mary. 
-Mhhmmm... zaraz przyjdę do waszego pokoju...-Jaffray otworzyła album na pierwszej stronie i wpatrywała się w resztki zdjęcia. Jedynego które było na tej stronie. Wszyscy oprócz niej i Jerome'a wyszli z pokoju. Po policzkach dziewczyny znowu zaczęły płynąć łzy. Clarke przytulił ją, a po chwili zastanowienia dotknął największego kawałka zdjęcia i wyszeptał kilka słów. Z albumu i podłogi zaczęły unosić się kawałki zdjęcia, przez chwilę wszystkie wirowały, by opaść na jego dłoń już jako całe zdjęcie. Jerome podał je Marze.
-To mój brat.-wyszeptała, a chłopak przyjrzał się dziecku ze zdjęcia. Chłopczyk wyglądał na jakieś osiem lat, był bardzo blady, miał duże zielone oczy i nie miał włosów... ani brwi i rzęs, ale wesoło się uśmiechał. Był bardzo szczupły, wychudzony, miał na sobie dresowe spodnie i kurtkę która wyglądała na dość ciepło, mimo, że, patrząc na drzewo za nim, była już późna wiosna, a słońce świeciło. 
-Liam miał raka. Kiedy miał robione to zdjęcie miał 10 lat.-Jaffray mówiła tak cicho, że gdyby blondyn stał kilka kroków dalej nic by nie usłyszał.-Był po chemioterapii i wszystko wskazywało, że się udało. Że będzie już zdrowy... Niestety już dwa tygodnie później lekarze wykryli, że nowotwór tylko się przerzucił. Zaatakował skórę i płuca... Liam walczył przez pół roku.-Mara wtuliła się w chłopaka i się rozpłakała.
-Będzie dobrze...-Jerome nie był w stanie powiedzieć nic więcej.
-Po prostu zostań ze mną.-szepnęła dziewczyna. 
Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju zajrzała Nina. Clarke dał jej znak, żeby wyszła.

-Amber, przygotuj jej coś i chodź do szkoły. 
-Poczekajmy na nią.
-Coś mi mówi, że ani ona, ani Jerome nie pojawią się dziś w szkole...
-Ohhh... trzeba powiedzieć Trudy.-Amber podeszła do szafy i wyjęła kilka rzeczy, po czym razem z Niną zeszły na dół.
-Trudy!
-Tak gwiazdki?
-Mara i Jerome raczej nie pójdą do szkoły.
-Coś im się stało?-zmartwiła się opiekunka
-Wydaje mi się, że ten kto rozwalił pokój zniszczył coś bardzo dla niej ważnego.-powiedziała Nina-Teraz płacze, a Jerome siedzi tam razem z nią.
-Hmm... dobrze gwiazdki. Zawiadomię dyrektora. 
-Nina, co dokładnie tam widziałaś?
-Mara przytulała się do Jerome'a, trzymała w ręku zdjęcie w które oboje się wpatrywali. Ona płakała, a on też miał łzy w oczach. Kończyła coś mówić, ale nie słyszałam co. 
-Ohhh...-Amber nie mogła sobie tego wyobrazić. Mara płacze, przytula się do Jerome'a, opowiada mu coś-nie ma problemu. Jerome ją pociesza-no problemo, ale Jerome nigdy nie płakał. Nawet jak tu przyjechał. Kiedy noc w noc miał koszmary. Chyba cały dom budził wtedy krzykiem, ale nigdy w jego oczach nie pojawiły się łzy. Tak samo nigdy nie mówił o tych koszmarach... W sumie to chyba do tej pory nie wie, że krzyczał tak głośno, że wszyscy przybiegali do jego pokoju. A raczej pod jego pokój. Zwykle do środka wchodziła tylko Trudy, a resztę odprawiała do łóżek (włącznie z Victorem) nim Clarke zdążył się do końca obudzić.-Ale tą imprezę robimy, co? 
-Tak.-odpowiedziała Nina całkowicie nieświadoma rozmyślań przyjaciółki-Może to poprawi jej humor. A ją i Joy wyślemy na zakupy. W końcu wszystkie ich ciuchy są... w kawałkach.
-A Patricia?
-Hmm... ona jest nam potrzebna...
-A może wyślemy jeszcze Alfie'go, albo Jerome'a, to kupią coś na imprezę.-zaproponowała Amber.
-Hmm... tak, wydaje mi się, że to dobry pomysł.


A tak przy okazji, jest to również 200 notka! Z tej okazji bym coś napisała, ale nie mam pojęcia co... hmm... wiem! Wiecie skąd pomysł na to opowiadanie? Otóż wszystko zaczęło się pewnej nocy kiedy smacznie sobie spałam. Śniło mi się, że jestem u mojej cioci. Nagle wchodzą wszyscy z Domu Anubisa twierdząc, że przyszli na badania. Z pokoju wychodzi moja ciocia i wyczytuje imiona i nazwiska osób na badanie. A wtedy okazuje się, że ALFIE jest kolejnym wcieleniem TUTENCHAMONA. 
Jak widzicie trochę pozmieniałam, ale cóż, Alfie mi nie pasował. A, że według Egipcjan faraon był wcieleniem boga Ra... pozmieniałam kilka rzeczy i powstało to o to opowiadanie. I co o tym sądzicie!?
Agnes
PS. Nie będziecie się śmiać, co? :**